Jest coś dziwnie znajomego w tym, jak pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Wystarczy wyjść na ulicę dziś, a zobaczysz ich tłumy — nastolatków idących chodnikiem, z telefonami w dłoni, z których leci głośna, choć często fatalnej jakości muzyka. Dźwięk jest płaski, bas ledwo słyszalny, a wysokie tony wręcz przenikają uszy.
Mimo to kroczą z dumą, jakby ich dźwiękowa parada była darem dla świata. Te smartfony — błyszczące, delikatne i często warte połowę miesięcznej pensji rodziców — to symbole statusu ukryte pod płaszczem praktyczności. Przesyłają muzykę z kompresją, której brzmienie przypomina raczej mokry karton niż prawdziwy dźwięk.
I jednak ten hałas (delikatnie mówiąc) nie ma nic wspólnego z jakością. To kwestia bycia zauważonym. Mówią: Jestem tu. Posłuchaj, co lubię. To ja.
Teraz cofnijmy się na chwilę do 1999 roku. Scena była właściwie ta sama. Wtedy nie było smartfonów, tylko podróbki walkmanów — wspaniałe maleństwa kupowane na straganach przy ulicy Piłsudskiego. Noszące nazwy typu „Panascanic" czy „SQNY", napisane metaliczną czcionką na plastikowych obudowach wyginających się pod najmniejszym naciskiem.
Odtwarzały kasety, pewnie czwarte albo nawet ósme kopie, które skrzeczały i falowały jak stare i niedosłyszące duchy. Jeśli ktoś miał szczęście, jego urządzenie odbierało też radio FM — to był prawdziwy luksus.
A dźwięk? Cóż, może trochę pełniejszy niż dziś, bo głośniki były trochę większe i miały więcej przestrzeni, by wycisnąć choćby minimalny bas. Czasem zastanawialiśmy się, czy taśma już nie ma 100% wskaźnika W&F (wow and flutter), bo głosy zaczynały brzmieć, jakby płynęły spod wody. Ale nikt się tym nie przejmował.
Byliśmy królami chodnika, dzieląc się swoją muzyką z taką samą dumą, jak nastolatki teraz z Bluetoothem i Spotify. Różnica była tylko jedna — cena. Te plastikowe pudełeczka były na tyle tanie, że samotna polska matka mogła pozwolić sobie na jeden, a czasem i na dwa egzemplarze bez wielkiego obciążenia dla budżetu.
Dziś technologia jest nowocześniejsza, bardziej "inteligentna" i zdecydowanie droższa — a mimo to takie publiczne doświadczenie słuchowe wciąż często brzmi jak hałas.
I chyba o to chodzi. Każde pokolenie potrzebuje swojej niskobudżetowej rewolucji dźwiękowej. Swojego momentu buntu — puszczania muzyki z czegokolwiek, co uda się zdobyć. Czy to kasety, czy skompresowane pliki, podróbki czy najdroższe marki — rytuał pozostaje ten sam: Naciśnij play. Idź z dumą. Rób hałas. Jakość nie jest konieczna.